PARAFIA MĘCZEŃSTWA ŚWIĘTEGO JANA CHRZCICIELA w Samborze


Poniedziałek, 24.06.2024, 21:12


                                  „Kochać to nie znaczy patrzeć na siebie nawzajem, lecz patrzeć razem w tym samym kierunku”.A. de Saint-Exupery

Login: Gość | Grupa "Goście" | RSS | Główna | ks_kazimierz_macynski_7 | Mój profil | Wyjście

        

7. Praca w parafii Ścięcia Głowy św. Jana Chrzciciela w Samborze

 

Parafia do której skierowany został ks. Kazimierz powstała już przed 1390 r., gdyż znany dokument lokacyjny Spytka z Melsztyna wspomina o parafii jako istniejącej. Najdawniejsze akta parafialne w Samborze podawały datę powstania na rok 1370 r., ta data zanotowana była na starym obrazie Matki Boskiej Bolesnej, wraz z nazwami wszystkich proboszczów samborskich począwszy od 1414 r. Pierwszym proboszczem zanotowanym był Klemens (1414 – 1440).  Spis ten wykonał w 1801 r. proboszcz samborski ks. Michał Rzepecki. Parafia należała do biskupstwa w Przemyślu. (Formalnie do czasu reaktywowania przez Stolice Apostolską archidiecezji lwowskiej w roku 1991, Sambor przynależał do diecezji w Przemyślu.)

Od początku powstania parafii do roku 1685 zarządzali parafią księża diecezjalni. Od 1685 - 1786 pracowali tutaj księża misjonarze. Następnie znowu księża diecezjalni do 1990 r. (Po wojnie przez pewien czas przebywali w niej redemptoryści, bernardyni).

Proboszczem parafii w latach 1930 – 1952 był ks. Michał Ziajka.Po wyjeździe proboszcza parafię obsługiwali Bernardyni (O. Jacek Bober) i Redemptoryści. Od roku 1959 parafię obsługiwał ks. Jan Szetela z Nowego Miasta. Nie była to jednak posługa systematyczna. Pozwalano mu odprawiać Mszę św. tylko jeden raz w miesiącu, do chorych i na pogrzeby był na wezwanie. Taka sytuacja miała miejsce do roku 1963, gdy do Sambora przybył ks. Józef Pawilionis (z zamkniętego kościoła w Stanisławowie). Ks. J. Pawilionis proboszczem był do roku 1966.Kolejnym proboszczem był ks. K. Mączyński. Po nim, na stałe, parafie objęli Ks. Zmartwychwstańcy przybyli z Polski.

Wspomnienia dotyczące pracy duszpasterskiej na parafiach objętych przez ks. Kazimierza nie znajdziemy w żadnych źródłach pisanych. Gdyby była taka możliwość na pewno doskonały materiał archiwalny znaleźlibyśmy w archiwach służb bezpieczeństwa. Te przecież prowadziły nieustanną kontrolę pracy duszpasterskiej kapłanów na terenach sobie podległych.

W pracy więc niniejszej musimy oprzeć się na świadectwach parafian, zwłaszcza tych, którzy najbliżej współpracowali z ks. K. Mączyńskim.

Maria Farbotnik, z wykształcenia pielęgniarka, pracownica Samborskiego szpitala, często, zwłaszcza w chorobie, pomagała ks. Kazimierzowi. Jak wspomina, jest to dwadzieścia cztery lata pracy w samym Samborze. „Przez pierwsze dwa lata był to tylko Sambor, a następnie otrzymał jeszcze do obsługi Mościska i Lwów.”

W niedzielę, w Samborze, odprawiał dwie Msze św. rano i o 11. 30. Następnie jechał do Mościsk, a stamtąd do Lwowa. Ta „jazda w kółko”, jak podkreśla Maria Farbotnik, trwała tak przez wszystkie lata. Ciekawym było to, że w każdym kościele, w niedziele wygłaszał inne kazanie. Kazania ks. Kazimierza nie należały do najkrótszych. Raczej określano je jako długie, a nawet „strasznie długie”. Były to jednak kazania zawsze dokładnie opracowane. „Ludzie nie mogli wystać, ale On też musiał stać.”

Jak wynika z relacji M. Farbownik, możemy dojść do wniosku, że kazania ks. K. Mączyńskiego były kazaniami katechetycznymi. „Kazania jego były opracowane na różnych działach religii. Dziesięć Przykazań, Przykazania Kościelne, Katechizm, Biblia.” Każdy piątek, sobota poświęcone były na przygotowanie kazania. Kazania pisane były ręcznie. Były pisane słowo w słowo. Ksiądz nie czytał go, ale głosił. Podkreślone były najważniejsze myśli. „Kazania były bogate w przykłady. Dokładnie opracowane. W te czasy nie można było chodzić na lekcje religii.”

Nie zapomniała o nim Służba Bezpieczeństwa. M. Farbownik wspomina jak przyszła do Księdza jedna kobieta, która chciała się nauczyć różańca. „Jak Ksiądz może powiedzieć, że ja ją nie nauczę.” Ksiądz dał różaniec i wszystkiego nauczył. Po dwóch tygodniach Ksiądz został wezwany do rejonowego Urzędu Bezpieczeństwa. Na pytanie jakim prawem nauczył odmawiać różaniec, Ksiądz miał stałe wytłumaczenie: „Jestem urzędnikiem czy jestem Księdzem?” M. Farbownik wspomina, że zawsze stawiał na pierwszym miejscu godność kapłańską.

Ważnym działem pracy duszpasterskiej były rekolekcje. Głosił je oczywiście sam, bo żaden inny kapłan nie mógł bez pozwolenie władz sprawować kapłańskich funkcji w innym kościele.

Rekolekcje były bardzo męczące. „Był sam jeden na trzy parafie, gdzie dziś pracuje dziesiątki kapłanów. Był zmęczony ale wiedział, że przyszły rekolekcje. Długo siedział w konfesjonale. Kazanie musiał wygłosić, a kazanie było bardzo długie. Musiał Msze odprawić. Już na święta to On padał z nóg.”

Wielkanoc czy Boże Narodzenie to były bardzo trudne dni dla Księdza. We Lwowie czy Mościskach odprawiał nocą. W dzień odprawiał w Samborze. „Był tak zmęczony, że nigdy nie dał się namówić na gościnę.” Zazwyczaj święta kończyły się dla niego przeziębieniem. „Nigdy nie powiedział macie szopkę zrobić, macie grób zrobić. Siedział z nami do drugiej, trzeciej w nocy i razem z ludźmi pracował.”

Ks. K. Mączyński był bardzo bliski ludzi. Był z ludźmi i dlatego każdy wiedział, co miał robić. Regularnie raz w miesiącu spotykał się z „procesjantkami”, czyli mężczyznami i kobietami, którzy w czasie procesji nosili chorągwie, feretrony, figury.

Na majowych nabożeństwach uroczyście trzymano wszystkie chorągwie, jakie były w kościele. W pierwsze niedziele miesiąca miały miejsce adoracje. Również wtedy, uroczyście trzymano chorągwie. Podobnie było w październiku.

Czterdziestogodzinne nabożeństwo odbywało się uroczyście, przez trzy dni. 6.00 rano Msza św. i całodzienne wystawienie. Nigdy nie brakowało ludzi w kościele. Co ważne było również dużo młodych.

Ks. K. Mączyński we wspomnieniach M. Farbotnik zapisał się również jako lubiący śpiew kościelny. Sam zorganizował chór, sam przeprowadzał próby. Nigdy nie powiedział do ludzie: „Jak sobie zrobicie, tak będzie.”

Dbał również o materialne zabezpieczenie kościoła. Nie narzekał na brak pieniędzy. „Nie było to wykładanie marmurów, ale remontował tak, jak mu pozwalały fundusze.” Pomagał mu tak zwany komitet, „dwadcatka”. Komitet ten był wymagany przez władze państwowe. Pracownicy z Sambora pomagali również Księdzu w remontach kościołów w Mościskach i Lwowie.

Wymagający od siebie, nigdy, nawet mimo choroby, nie opuścił Mszy św. „Ludzie czekają a ja mam odwołać Msze św.?” Po wylewie, gdy lekarz nakazał mu leżeć, nie posłuchał. Na pytanie Marii Farbotnik: „Jak Ksiądz odprawia Mszę św.? Z naprężeniem, czy prosto już tak?”Usłyszała w odpowiedzi: „Ja zawsze odprawiam Mszę św. jakby to był pierwszy raz.” „Dla Niego Msza św. to było coś wyjątkowego. On tego nie pokazywał. Ale kto z nim bliżej przebywał, to wiedział, że był On bardzo wierzący.”

Dbał również o życie sakramentalne. Chrzty, śluby udzielane były oficjalnie jak i potajemnie. Wiele zapisów nie spotkamy w żadnych księgach – było to powodowane względami bezpieczeństwa.

Opiekował się również grekokatolikami, którzy nie mieli swoich cerkwi. Ksiądz wziął nawet lekcje języka ukraińskiego, by lepiej rozumieć, zwłaszcza podczas spowiedzi.

Sam dbał również o polskość – uczył dzieci języka polskiego. Sposób uczenia był bardzo prosty – dzieci pisały listy do Księdza, a On poprawiał błędy. Bywało, że w poprawianiu listów pomagały „przedwojenne” nauczycielki – polki.

Pisano również do Księdza „zapytania” – w kościele stała skrzynka, gdzie można było składać kartki z pytaniami do księdza.

Za czasów proboszczowania ks. Kazimierza do Seminarium w Rydze wstąpili: Kazimierz Halimurka (Sambor), Anatol Zajączkowski (Nadyby), Franciszek Pukajło (Łanowice). Każdego miesiąca ks. Kazimierz przekazywał ofiarę na Seminarium w Rydze.

Na 25-cio lecie kapłaństwa do Sambora przyjechało 12 kapłanów. Niestety były to takie czasy, że nie mogli uroczystej sumy odprawić przy otwartych drzwiach.

Doczekał czasów otwierania kościołów. Mimo paraliżu uczestniczył w otwarciu i poświęceniu kościoła w Rudkach.

Pożegnanie było bardzo proste. Na sumie w niedziele, ogłosił, że odchodzi.

Podobnymi wspomnieniami dzieli się Władysław Pukajło, również mieszkaniec Sambora.

W. Pukajło był pierwszym z parafian, który spotkał ks. K. Mączyńskiego. Miało to miejsce w zakrystii kościoła w Samborze. Ksiądz Mączyński zamieszkał na ul. Kopernika 9, u p. K. Czarneckiej. Była to emerytowana nauczycielka. Miejsc zamieszkania wyszukał sam W. Pukajło. Było to miejsce mieszkania ks. Kazimierza do czasu śmierci właścicielki.

Następnym miejscem zamieszkania było mieszkanie p. M. Lewickiej, przy ul. Zamiejskiej. W międzyczasie dobudowano mieszkanie dla Księdza nad zakrystią. Pozwolenie na rozbudowę skarbca uzyskano w Radzie Miejskiej u Anny Iwanownej.

W. Pukajło, jako przedstawiciel komitetu parafialnego, pośredniczył w załatwianiu wielu spraw urzędowych. Podczas jednego ze spotkań zainteresowano się kto to jest ministrant. Po wyjaśnieniach W. Pukajło zażądano listę ministrantów z parafii. Nie zgodził się na to, ponieważ oświadczył, że jest to prześladowanie za przekonania. Na taką uwagę byli uczuleni urzędnicy. Sprawa więc została zamknięta.

Często też władze „nachodziły” Księdza w Jego mieszkaniu. Jeden z nich, L. Matkowski zagroził, że usunie księdza z Sambora. Po udaniu się niego do urzędu, ksiądz usłyszał, że to nie on powiedział. Na to usłyszał od ks. K. Mączyńskiego: „Ja jestem nadany przez Moskwę i wy do mnie nie macie prawa.” Na zarzuty, że ma Ksiądz pomocników, usłyszeli proste pytanie: „Ile wy macie sekretarek? To ja nie mogę mieć jednego pomocnika?” Tak sprawa została zamknięta.

Kontrole podatkowe kończyły się zazwyczaj dobrze. Jeśli byli to urzędnicy z Sambora – kontrola kończyła się na prezencie. Kontrola ze Lwowa była bardziej „groźna”, ale też nie było większych problemów. Prawda jest taka, że jedna księga rachunkowa była dla władz, a druga dla własnego użytku.

Plan pracy Księdza obejmował – od wtorku do niedzieli – Sambor; niedziela po południu – Mościska; niedziela wieczorem – Lwów, i aż do wtorku rano.

Do tego dochodziły wyjazdy na pogrzeby (nabożeństwo odprawiano tylko w domu przy zmarłym). Te wyjazdy dotyczyły również okolicznych wiosek.

Najwięcej czasu poświęcał na konfesjonał. Do Sambora zjeżdżali z okolicznych wiosek do Sambora i korzystali z sakramentu pokuty. Niejeden raz miał tylko chwilę na to, by wyjść i odpocząć.

Komunia św. nie była ze zrozumiałych względów tak uroczysta, jak dzisiaj. Dzieci przygotowywała teoretycznie jedna z parafianek, a do Księdza przychodziło się zdawać egzamin. Każda wioska miała taką swoją „katechetkę”.

Oprócz wspomnień M. Farbownik, dotyczących nabożeństw paraliturgicznych, W. Pukajło wspomina nabożeństwo Drogi Krzyżowej, które wierni odprawiali sami.

Na święta z okolicznych wiosek zjeżdżało dużo wiernych. Najczęściej najmowali autobus. We wspomnieniach W. Pukajło szczególnie pozostali parafianie z Łanowic, którzy drogę w autobusie wykorzystywali na wspólną modlitwę i śpiew pieśni kościelnych.

Do obowiązków W. Pukajło należało wraz z żoną wypiekanie opłatków, a potem rozprowadzanie ich w Samborze i po okolicznych wioskach.

Współpraca W. Pukajło z ks. K. Mączyńskim trwała do roku 1985.

Marian Wawrzyszyn z Sambora, swoje wspomnienia o ks. K. Maczyńskim rozpoczyna od stwierdzenia: „Kazania były długie, ale mówią tak, że to dzięki niemu, dzięki jego kazaniom, te czasy dla wierzących w Samborze nie były tak trudne.” Często były to kazania trudne, ale było widać jak starał się mówić trudne sprawy, prostym językiem.

Jako ministrant, często był zabierany przez ks. Mączyńskiego na „niedzielny objazd” – Mościska, Lwów. Podobnie jak M. Farbotnik, wspomina: „Każde kazanie było inne. Zawsze, gdy wchodziłem do pokoju Księdza zawsze coś robił. Albo pisał albo czytał. Nawet, gdy oglądał telewizor. Dlatego te kazania były mądre. Był to człowiek pracy. Trzy duże parafie – Mościska, Sambor, Lwów. Nie wiem skąd u niego było tyle sił. Dziś te parafie obsługuje około 30 kapłanów a on był sam. Mimo tego zawsze był punktualny. Nigdy się nie spóźnił.”

M. Wawrzyszyn był przy księdzu przez 15 lat jako ministrant, a następnie 6 lat jako kościelny. Było przy nim trudno pracować, ale chciało się z Nim pracować. Niejeden raz pracował ksiądz wraz pracownikami.

„Rzetelność do spełniania kapłańskich obowiązków była wielka. Jeśli spowiadał, to nie patrzył na zegarek. Mogła być pierwsza, druga, trzecia godzina w nocy. Ja sam do pierwszej spowiedzi przystępowałem o pierwszej w nocy. Tak dużo było ludzi. A wcześniej był dokładny egzamin z każdym dzieckiem przystępującym do I Komunii Św.”

Do czasu, gdy Ksiądz  nie miał jeszcze samochodu, w każdy wtorek wychodziło się po Księdza na dworzec kolejowy, aby pomóc przynieść torby. Tak było do momentu, gdy Księdzu zwrócono uwagę, że pozwala nosić sobie torby. Ta uwaga pochodziła od urzędników KGB. A Ksiądz miał częste ich odwiedziny: „Godność Kościoła była zachowana. To była wielka dyplomacja. W te czasy trzeba było umieć im się ukłonić i kościół uratować.”

„Wielkim problemem” dla urzędników wyznaniowych były nowe malowidła ścienne. Nad wejściem do zakrystii wymalowana została scena – Pan Jezus w otoczeniu dzieci. Pod obrazem malarz umieścił napis: „Pozwólcie dzieciom przyjść do mnie.” Ten napis oczywiście władze zinterpretowały po swojemu. Nakazano zamalować napis nad drzwiami zakrystii.

Parafianie widzieli zmęczenie Księdza. Na pytanie „Dlaczego księdzu potrzebny jest Lwów”, w odpowiedzi M. Wawrzyszyn usłyszał: „Lwów potrzebny mi jest dla mego duchowego ubogacenia.” Lubił teatr, kino. A tego ani w Samborze, ani w Mościskach nie było. Przy wyjazdach do Rygi lubił zajść do restauracji. Do Rygi jeździł dwa razy w roku. Z ojcem rozmawiał tylko po polsku.

Często lwowiacy zarzucali mu mało polskości, opuszczanie tytułu w litanii „Królowo Polski”. W tych czasach, gdy Cerkiew Grecko katolicka była zdelegalizowana, około 30 % wiernych w kościele, to byli Ukraińcy. „Łaciny z polskością było pół na pół. Był bardzo tolerancyjny.” Zezwalał na spowiadanie przez księży greckokatolickich – „podziemnych”. Pomagał tym kapłanom, najczęściej intencjami. Pomagał nie bezpośrednio, ale przez ludzi mających kontakty z tymi kapłanami. „Ci Ukraińcy, którzy nie zdradzili wiary, narodu byli bardzo wdzięczni Księdzu. Stąd pamiętali o Nim na imieniny i urodziny. Stąd dlatego było tak z tą polskością. A w Samborze On nam dał wiele polskości. Wynajął nauczycielkę, aby nas uczyła języka polskiego. Nauczył nas więcej polskiego niż dziś niejeden profesor.”

Jego pobożność – według M. Wawrzyszyna – była pełna podziwu. Nieraz zastawał księdza w kościele z brewiarzem. „Z brewiarzem się nie rozstawał. Był bardzo modlący się ale i przykładny życiem.”

Był zapracowany, ale „ratował każdą duszę.” Wiele czasu poświęcał narzeczonym. Zwłaszcza „mieszanym”, to znaczy, gdy jedna strona była niewierząca. „Dziś jest wielu ludzi, którzy są wierzący dzięki ks. Mączyńskiemu. Choć wtedy nie było trudno wierzyć.”

Rzadko się uśmiechał, ale jak już się śmiał to był to bardzo szczery uśmiech. Był dystans miedzy księdzem a pracownikami, ale ten dystans wypływał z godności kapłańskiej.

Jako kapłan żył skromnie. Nie było u niego nigdy gospodyni, choć nie brakowało „babć”, które troszczyły się o Księdza. Śniadania były skromne. Obiad jadł tylko w niedziele, w Mościskach. Prawdopodobnie było to związane z chorobą żołądka Księdza. Gospodyni pojawiła się dopiero, gdy na niedzielę zaczął dojeżdżać organista ze Lwowa, ale był to tylko obiad dla organisty. Ulubiona potrawą Księdza była kapusta kiszona, którą sam przygotowywał. „A przygotowanie kapusty to była cała ceremonia.”

M. Wawrzyszyn wspomina również momenty, gdy ks. Kazimierz zawiódł się na ludziach, którym bardzo zawierzył. Takie momenty przeżywał bardzo.

Pierwsza myśl o wyjeździe, powrocie na Łotwę, pojawiła się około roku 1989, gdy do Sambora przybyła delegacja z Rygi z prośbą o przyjęcie parafii w Leningradzie. Decyzja o wyjeździe została podjęta, plany jednak nie zostały zrealizowane z powodu wylewu. Tak więc pozostał nadal w Samborze.

Ulubionym nabożeństwem było wprowadzone przez niego nabożeństwo do św. Antoniego we wtorki. Dzięki temu szczególnie na to nabożeństwo przybywało wiele osób.

Końcowe lata pracy kapłańskiej w Samborze to czas otwierania na nowo kościołów – Czukwa, Wojutycze (dach załamany), Biskowice (kościół bez dachu), Strzałkowie. Ponieważ znał parafian z tych wiosek, bo uczęszczali do kościoła w Samborze, sam pomagał finansowo w remontach tych kościołów.

Na otwarcie kościoła w Rudkach, M. Wawrzyszyn, pojechał po ks. Jana Cieńskiego (potajemny Biskup) do Złoczowa. Tenże poświęcał kościół w Rudkach. Udało się również odzyskać i otworzyć kościół w Drohobyczu. Nie udało się natomiast ks. Mączyńskiemu otworzyć kościół św. Elżbiety we Lwowie. Mimo pozwolenia od władz, kościoła nie otwarto, a pozwolenie cofnięto.

Brat Orest Dwernytskyj wspomina jedno z kazań ks. Mączyński, gdy powstały problemy miedzy Polakami a Ukraińcami. W czasie kazania powiedział wtedy: „Kościół nie jest polski, Kościół katolicki.” Chodziło w Ukraińców, którzy pozostali wierni Stolicy Apostolskiej, nie chcieli chodzić do Cerkwi Prawosławnej, ale do Kościoła Katolickiego. Wydarzenie to zapadło głęboko w sercu Br. Oresta – miał wtedy około 9 -  10 lat. Kazanie było tak wymowne, że głęboko zapadło w serce.Garnęli się do niego Ukraińcy, bo do swoich kapłanów, podziemnych mieli ograniczony dostęp, a on był jedynym katolickim kapłanem w tej okolicy.

Jednym z wychowanków ks. K. Mączyńskiego, jest ks. K. Halimurka.Pierwsze spotkanie w domu z kapłanem miało miejsce na poświęcenie nowego domu. Było to około 1966 roku. Było to jedno z pierwszych poświęceń domów w Samborze. Koleje spotkanie miało miejsce, gdy był uczniem ósmej klasy. Wraz z bratem Władkiem został zaproszony do zakrystii. Usłyszeli wtedy: „Co stoicie na kościele. Przychodźcie służyć do Mszy św.” Był pierwszym ministrantem „w tym wieku”. Dotychczas służyli tylko ministranci, którzy byli po wojsku. Po raz pierwszy służył w niedzielę. Kolejna służba przypadła na wtorek, gdy Msza św. odprawiała się przy bocznym ołtarzu św. Antoniego. Po Mszy św. w zakrystii usłyszał: „O już dobrze, sam służysz. Trochę błędów. To nic. Nauczysz się.” A potem było coraz więcej kontaktów z Księdzem.

Pracy było dużo. Ks. K. Mączyński prosił Biskupa o pomoc. Pierwszym pomocnikiem był ks. Augustyn Mednis, ale dość szybko trafił do Szczerca i Stryja. Drugim pomocnikiem był ks. Ludwik Kamilewski, który po pewnym czasie przeszedł do Katedry we Lwowie, do pomocy o. Rafałowi Kiernickiemu.

W swojej wizji pasterskiej założył wspomniany już wcześniej chór. Był to nie tylko zapewniony śpiew w czasie liturgii, ale gotowi do pomocy mężczyźni wraz z rodzicami. Tak więc nigdy w Samborze nie było problemu z mężczyznami do pomocy.

Często jako ministrant wyjeżdżał z ks. Kazimierzem do Mościsk. Wyjazdy były w piątek na wieczorną Mszę św. tam nocowano i po porannej Mszy św. wracano do Sambora. Te wyjazdy wspomina ks. K. Halimurka jako początki powołania. Rozmowy, sytuacje, to były początki powołania.

Na rodziców chrzestnych przyjmował ks. Kazimierz tylko chrześcijan. W dzień chrztu zobowiązali byli do przystąpienia do sakramentu spowiedzi. Chrzest odbywał się tylko w zakrystii, w specjalnie przygotowanym do tego miejscu. „Nikogo nie naraził przed władzami za przyniesienie dziecka do chrztu św. Ludzie wiedzieli, że ksiądz nie pójdzie do władzy, że nie przekaże spisków. Zapisywał chrzty, ale wszystkie zapiski były w języku łotewskim, to stanowiło problem z odczytaniem.”

Ważna cechą ks. Kazimierza była jego punktualność. Tego wymagał od siebie i innych. Para, która chciała przyjąć sakrament ślubu, musiała czekać przed drzwiami na księdza. Byli wprowadzani uroczyście do kościoła przez Księdza. Ci, którzy się spóźnili, mieli „pamiątkę na całe życie”. Wchodzili do kościoła sami. W Mościskach nakazał zamykanie drzwi przed spóźnialskimi. Porównywał to do korzystania z pociągu: „Jak się spóźnisz, to nie ma pociągu. Już jest daleko.”

Innym zwyczajem, który starał się wykorzenić ks. Mączyński, były tak zwane „pomynki.” To zwyczaj związany z pogrzebami, czyli „jedzenie” po pogrzebie. Kiedy ktoś nie słuchał Księdza, i przygotowywał „pomynki”, narażał się tak, że Ksiądz potrafił nie odprawić ceremonii pogrzebowych. Podkreślał, zwłaszcza w kazaniach, że jest to zwyczaj niechrześcijański, niekatolicki. Takie „lekcje” Księdza spowodowały, że dzisiaj rzymskokatoliccy w Samborze nie praktykują „pomynek”.

Czas wakacji wykorzystywał na katechizację dzieci. Przygotowany był zestaw pytań. Do egzaminu przychodziły dzieci z rodzicami. Jeśli dziecko nie znało odpowiedzi, pytanie zadawano rodzicom. Była to swoista „katecheza dorosłych”. Rodzice sami musieli być przygotowani na egzamin.

Znane było również zdecydowanie księdza co do posługi zmarłym. Nie pochował ks. Kazimierz kogoś, kto nie chciał mieć żadnego związku z Kościołem. Kto umierał nie zaopatrzony sakramentami, dla Księdza był to znak, że jego wolą było być pochowanym bez kapłana. To przyniosło również efekty, że wierni dbali o przygotowanie do śmierci.

Kolejną cechą przytoczoną przez ks. K. Halimurkę jest jego umiejętność milczenia. Zwłaszcza dotyczyło to osób duchownych. Mimo, że ludzie widzieli, że któryś z księży mógł go źle potraktować, nigdy „nie dzielił” się swoimi bólami.

MENU

Kategorie rozdziału

Wszystkie [2]

Forma wejścia

Szukaj

Kalendarz

«  Czerwiec 2024  »
PnWtŚrCzwPtSobNie
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Nasza sonda

Ocena strony
Suma odpowiedzi: 261

Statystyka


Ogółem online: 1
Gości: 1
Użytkowników: 0